piątek, 24 lutego 2017

Pączki w wersji pieczonej, czyli Donut inaczej

 Cześć!

Na pomysł zrobienia pączków wpadłam dzień przed Tłustym Czwartkiem, choć w zasadzie miałam pączków nie jeść, bo ostatnio maniakalnie liczę ile co ma cukru. :P Oczywiście wyszukałam sobie przepisy w internecie i natknęłam się na przepis pączków z piekarnika. Myślę sobie super - pączki bez litrów lejącego się oleju, delikatne puszyste no cóż chcieć więcej. Jednak rano myślałam, że to nie wypali - poszłam spać dopiero po 7 i sądziłam, że zapadnę w długi sen i jak wstanę to nie będzie mi się już chciało. W końcu obudziłam się jakoś parę minut po 13. Później na zakupy z mamą i na wszelki wypadek kupiłam to czego mi brakowało do zrobienia pączusi. Kupiłyśmy w Tesco pączki (a w zasadzie mama), gdy zaczęłam jeść to normalnie moje kubki smakowe doznały szoku. W smaku były sztuczne. Niby lekko pączkowe, ale bardziej smak przypominał jakąś starą dętkę/gumę (nie no nie jadłam takich rzeczy nigdy - to tylko porównanie ;) ). Wzięłam drugiego i było to samo. I myślę nie ma bata, muszę zrobić swoje! I tak oto, gdy mama już skończyła gotować obiad - ja wzięłam się za pączki. :) Jak je zrobiłam? A no bardzo prosto, choć wydawało mi się, że będzie ciężej - zwłaszcza, że przeważnie mi ciasto, ani drożdże nie chcą ładnie wyrastać. Wiem, że trochę późno już na taki przepis, ale może ktoś skorzysta jak mu się zachce pączków lub zachowa przepis na przyszły rok. Zatem podaje przepis na delikatne, puchate pączusie, ja zrobiłam z podwójnej ilości składników, bo znając moje zdolności myślałam, że mi wyjdzie mniej niż w przepisie z którego zrzynałam. ;) To do rzeczy.

Składniki:

Rozczyn:
40g drożdży
0,5 szklanki mleka
2 łyżeczki cukru
2 łyżki mąki pszennej
Ciasto: 
1,5 szklanki mleka
1/4 szklanki cukru
5 szklanek mąki
4 łyżki roztopionego masła
2 jajka + 2żółtka (lub 3 średnie jajka)
szczypta soli

Dodatkowo:
cukier puder do posypania pączków
średnia i duża miska (u mnie szklane)
trzepaczka
ewentualnie mikser ze specjalnymi "łapami" 
blachy do pieczenia
ściereczka

Nadzienie:
Ja jako nadzienia użyłam gotowego kajmaku (toffi)  z puszki, ale Wy możecie użyć co chcecie: marmoladę, dżem, konfiturę, bitą śmietanę. Inwencja twórcza należy do Was. ;) My z mamą nawet śmiałyśmy się, że zmiksujemy banany i z nich zrobimy nadzienie. ;)

Przygotowanie:
Najpierw proponuję zacząć rozgrzewać piekarnik do 180° C (może nawet 200° C, bo w 180° C piekły mi się pączusie ok. 20min, gdzie powinny 7-10 minut).

By stworzyć rozczyn potrzebujemy średniej wielkości miskę, do której wrzucamy drożdże (40g) rozkruszając je jak najdrobniej, by później łatwiej i szybciej się rozpuściły. Dolewamy pół szklanki mleka ciepłego (nie gorącego! - by temperaturą nie zabić drożdży), aż drożdże się całkowicie rozpuszczą, dodajemy 2 łyżeczki cukru i mieszamy do rozpuszczenia. Następnie dodajemy 2 łyżki przesianej mąki (wydaje mi się że gdy mąka jest przesiana to ciasto dzięki temu również jest bardziej puchate) i mieszamy tak żeby nie było grudek - ja zrobiłam to po prostu trzepaczką. Powinniśmy uzyskać konsystencję gęstej śmietany. Teraz tylko odstawić w ciepłe miejsce na ok 15 min (ja postawiłam koło laptopa, bo w domu akurat było zimno, a laptop to laptop też grzeje), przykryć ściereczką i czekać, aż wyrośnie.

W międzyczasie gdy drożdże sobie pracują musimy sobie przygotować blachę/y, ewentualnie pergamin i coś do wysmarowania blachy jeśli nie używamy pergaminu (ja blachę do muffinek wysmarowałam masłem, ale to już wg uznania - można by też, tak mi się wydaje, olejem lub słyszałam o posypaniu blachy bułką tartą choć przy pączkach to chyba zły pomysł ;) ).

Gotowi? No to teraz zaczynamy najlepszą część programu. Ciasto!
By je przygotować potrzebujemy dużej miski (lepiej jak będzie za duża, niż ciasto ma nam później "wyjść" z naczynia) i przesiewamy do niej 5 szklanek mąki, 1/4 szklanki cukru, szczyptę soli i mieszamy. (W zasadzie mąkę można przesiać w wolnej chwili i dodać do niej sól oraz cukier, gdy nasze drożdże sobie rosną, a my mamy już wszystko gotowe.) Następnie dodajemy 2 jajka oraz 2 żółtka cały czas mieszając by nie wyszły z tego grudy. Ja to robiłam za pomocą łyżki, ale można użyć miksera na bardzo wolnych obrotach używając specjalnych "łap" do mieszania ciasta. W międzyczasie (lub od razu) dodajemy nasze wyrośnięte już drożdże (rozczyn) i na koniec dodajemy 4 łyżki roztopionego, ostudzonego masła cały czas mieszając.
I w tym momencie zaczynają się atrakcje, bo łyżką już nie da rady, więc co robimy? Zakasamy rękawy (dosłownie i w przenośni) i wkładamy naszą dłoń do michy i mieszamy nasze ciasto, no chyba, że macie mikser to jesteście uratowani - mi się nie chciało wyciągać, a przede wszystkim szukać, więc zrobiłam to ręką i myślę to też miało pozytywny wpływ na efekt końcowy. Mieszamy co najmniej kilka minut o ile nie kilkanaście naszymi dłońmi tak, aby ciasto nie kleiło się za bardzo nam do łapek oraz nie było za rzadkie i nie pływało nam po misce (w takim wypadku trzeba dodać więcej mąki, ale bez przesady by ciasto nie wyszło sztywne, bo wtedy nici z delikatnych pączków).

To w zasadzie ciasto gotowe, teraz przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia. Tym razem wstawiłam michę w kołdrę i pomimo ściereczki, górę przykryłam kocem, co by mi ciasto nie zmarzło. ;) Powinno wyrosnąć drugie tyle co mieliśmy. Ja czekałam ok. 30-40 minut i w zasadzie nie siedziałam z zegarkiem w ręku więc nie wiem ile dokładnie. Moje ciasto zaczęło "wychodzić", więc w wielkim zaskoczeniu realizowałam przepis. 
Gdy ciasto rośnie, możemy sobie naszykować miejsce, w którym będziemy wycinać pączki (czy to stół czy stolnica - chyba nie muszę tłumaczyć tego drugiego? ;) ) i posypać mąką (najlepiej sitkiem od razu przesiewając), ale nie za bardzo bo później będziecie jeść mąkę zamiast pączków. Ja się zasugerowałam przepisem i "obfite" sypanie mąki skończyło się tak, że spody pączków były białe od mąki - niektóre warstwy były naprawdę grube. Więc uważajcie.
Ciasto wyrosło? To super! Teraz delikatnie wyjmujemy ciasto z misy na miejsce posypane mąkę. Ja po prostu powolutku przechylałam miskę, by ciasto delikatnie spoczęło na stole tak, żeby nie popękały pęcherzyki w środku, bo inaczej nie będzie  puszystości jeśli odgazujemy nasze ciasto i będziemy je ugniatać mocno. Jeżeli chcecie wyjmować ciasto dłońmi to lepiej posypcie dłonie mąką.
Ciasto lekko przygniatamy, by powstał nam duży plac ciasta o ok. 2 cm grubości. Teraz bierzemy szklankę lub co macie do wycinania kółek (brzegi oczywiście częstujemy mąką by ciasto nie zostało na tym, czym wykrawamy koła) i wycinamy delikatnie. Wielkość zależy od Was ja kilka zrobiłam dużych, ale stwierdziłam, że  za dużo razy musiała bym robić "wjazdów" z blachami do piekarnika i ostatecznie wzięłam orężadówki, których średnica okazała się dobra do wielkości otworów w blaszy do muffinek. Wycięte koła wykładamy na blachy i do piekarnika (180° C lub 200° C).

Mam nadzieję nie zapomnieliście o nagrzaniu piekarnika i jego pilnowaniu. ;) 


Jeżeli zostało Wam ciasto to lekko je zagniećcie, by nie ucierpiało za dużo pęcherzyków i znów powtórzcie rytuał przygniatania ciasta oraz wycinania. Co prawda w tamtym przepisie było jeszcze o odstawieniu na blachach już wyciętych pączków na 10-15 min, ale ja to pominęłam, bo nie mogłam się doczekać. Następne stały przykryte w oczekiwaniu na swoją kolej pieczenia, ale nie zauważyłam by jeszcze urosły.




Przy użyciu szprycy (lub może macie inną ciekawą metodę, chętnie się dowiem) nadziewamy  nasze pączusie dowolnym składnikiem czy to marmolada, czy bita śmietana. To od Was zależy.


W sumie to tyle. Trochę nabazgrałam głupotek, ale mam nadzieję chętni się połapią i wyjdą im pyszne DONATY (czemu tak? a bo w smaku chyba właśnie bardziej je przypominają niż tradycyjne pączki). Ale są smaczne, więc jak nie nazwiecie tego wyrobu to najważniejszy jest i tak smak oaz autentyczność i świadomość, że nie ma w tym chemii, ani tym podobnych świństw. Choć patrząc na dzisiejsze realia to nie ma pewności, że mąka to 100% mąka, itp. Zawsze jest ryzyko, ale mniejsze niż przy produktach ze sklepu. Pracowało się w zakładzie piekarniczym to się wie i odechciewa cokolwiek sklepowego kupować.

Reasumując, wyszło mi jakieś 37 pączków (z 9 dużych i reszta małych). Ile mi to w sumie zajęło? Nie mam pojęcia. ;) Ok. 2 godzin na pewno, łącznie z rośnięciem drożdży, a później ciasta i z pieczeniem jakieś 1,5 godziny.


[: SMACZNEGO! :]

I taka ciekawostka: " Narodowy Dzień Doughnuta (znany także jako Narodowy Dzień Donuta) obchodzony jest co roku, w pierwszy piątek czerwca, w Stanach Zjednoczonych. Jest to kultywowanie tradycji Dnia Doughnuta, zapoczątkowanej przez Armię Zbawienia w 1938, aby uczcić ich członków, którzy serwowali te słodkie ciastka żołnierzom podczas I wojny światowej. "


Pozdrawiam,
Janettt


20 g świeżych drożdży - See more at: http://www.slodkiefantazje.pl/przepisy/3207/delikatne-paczki-pieczone---odchudzone?AspxAutoDetectCookieSupport=1#sthash.8HqAbuuR.dpuf
20 g świeżych drożdży - See more at: http://www.slodkiefantazje.pl/przepisy/3207/delikatne-paczki-pieczone---odchudzone?AspxAutoDetectCookieSupport=1#sthash.8HqAbuuR.dpuf

czwartek, 23 lutego 2017

PRZECIWZMARSZCZKOWY KREM NA DZIEŃ SENSILIS SUPREME DAYLIGHT SPF15

Witajcie!

Dziś przedstawiam Wam kremik od Sensilis wygrany w konkursie fotograficznym na facebookowym fp Sensilis

Krem jest zapakowany w skromne, schludne i ładne, szare opakowanie, a sam produkt jest  jest w kolorze delikatnego różu i umieszczony został w pięknym przezroczystym słoiczku z czarną zakrętką. Dodatkowo pod zakrętką jest zamknięcie dzięki, któremu nakrętka od środka pozostaje czysta.




Od producenta:
"Kuracja zapobiegająca starzeniu się skóry, odbudowuje i regeneruje skórę odnawiając jej struktury i skutecznie wygładza zmarszczki. Kombinacja ekstraktu z kawioru oraz aktywne składniki, bogate w przeciwutleniacze, chronią przed szkodliwymi czynnikami środowiska i zapobiegają powstawaniu wolnych rodników.

Zawiera filtr przeciwsłoneczny SPF 15

BADANIA SKUTECZNOŚCI

Już po 4 tygodniach stosowania, skóra odzyskuje młodość i piękno:

+70% potencjał do regeneracji (1)

-92% neutralizacja wolnych rodników (1)

– 37% redukcja głębokich zmarszczek (2)
+35% nawilżenie (3)
+39% ujędrnienie (4)
+28% elastyczność (4) 

(1) Rezultaty uzyskane z hodowanych fibroblastach. Advancell (Advanced In Vitro Cell Technologies S.L.) Średnie wartości uzyskane w trakcie kontroli dermatologicznej po 28 dniach używania. (2) Mierzone w przy pomocy mikroskopii konfokalnej. Advancell (Advanced In Vitro Cell Technologies S.L.) (3) Pomiar nawilżenia warstwy rogowej naskórka pod nadzorem medycznym. (4) Pomiar cytometrii pod nazdorem medycznym. " *

Pojemność: 50 ml
Cena na stronie Sensilis to 139 zł, na innych stronach widziałam można go dostać w przedziale cenowym 99-119 zł. W drogerii Hebe są teraz promocje na te kremiki (kosztują chyba poniżej 100zł), więc jak uda mi się i nie zapomnę w poniedziałek odwiedzę Hebe w poszukiwaniu tego kremu. 
INCI (skład):

Ingredients: Aqua (Water); Butylene Glycol; Ethylhexyl Methoxycinnamate; Glycerin; Cetearyl Alcohol; Cyclopentasiloxane; Butyl Methoxydibenzoylmethane; Octocrylene; Caprylic/Capric Triglyceride; HDI/Trimethylol Hexyllactone Crosspolymer; Diethylhexyl Carbonate; Stearic Acid; Theobroma cacao (Cocoa) Seed Butter; Cetearyl Glucoside; Glyceryl Stearate; PEG-100 Stearate; Propylene Glycol; Phenoxyethanol; Dimethicone; Panthenol; Sodium Polyacrylate; Tocopheryl Acetate; Dimethiconol; Allantoin; Disodium EDTA; Ethylhexylglycerin; PEG-8; Chondrus crispus (Carrageenan) Extract; Moringa oleifera Seed Extract; Silica; Sodium Hyaluronate; Tocopherol; Caviar Extract; BHT; Ascorbyl Palmitate; Salicylic Acid; Oryza sativa (Rice) Extract; C12-13 Pareth -23; C12-13 Pareth-3; Potassium Sorbate; Sodium Benzoate; Ascorbic Acid; Citric Acid; Sorbic Acid; CI 16035 (Red 40); Parfum (Fragrance)







Niestety sama na temat składu dużo nie powiem, bo póki co tego "świata" nie ogarniam, chciałam posłużyć się aplikacją Cosmetic Scan, ale jak na złość tego produktu nie ma w bazie. O aplikacji słyszałam już jakiś czas temu, ale dopiero teraz po przeczytaniu postu na blogu http://www.okiem-julii.pl/ o podobnej apce postanowiłam skorzystać (Perfect Beauty na mój telefon nie da się pobrać, a na tablecie nie da się uruchomić), a w końcu zostałam zmuszona wrócić do mojego starego telefonu na Androidzie - co prawda Apka nie działa u mnie, a właściwie skaner bo mam za słaby aparat (tak wnioskuję). Na szczęście jestem  u rodziców i mogłam skorzystać z ich tableta - no i działa! :)

Składniki aktywne - ulotka

Moja opinia:
Na pewno ciekawi Was moje zdanie na temat tego "różowiastego" specyfiku. Zatem do rzeczy.
Początkowo informacja "50+" na ulotce mnie przeraziła, ale skoro produkt jest przeciwzmarszczkowy to ta informacja może jest trochę mylna. Nie mniej jednak skoro dostałam kremik, głupio byłoby z obawy o "50+" nie przetestować kosmetyku.
Mam go około 3 miesiące i muszę przyznać, że działanie zauważyłam. Nie pamiętam po jakim czasie, ale dość szybko moja buzia stała się gładka i delikatna. Czuć to zwłaszcza podczas mycia twarzy, która wydaje się wtedy śliska/gładka, czy jak to tam jeszcze nazwać. Na początku używałam go rano i wieczorem, ale zaczyna mi się kończyć, więc oszczędzam i smaruje się nim raz dziennie  2-4 dni w tygodniu. Jest dosyć wydajny - nie trzeba go kłaść kilogramami na buzię, wystarczy naprawdę niewiele.
Konsystencja moim zdaniem jest w sam raz - nie jest zbyt gęsty/"sztywny", ani zbyt leisty. Dobrze się rozprowadza i wchłania.
Zapach ma kremowy, delikatny, lekko kwiatowy.





Mam nadzieję, że skleroza o niczym nie zapomniałam. 

Reasumując kremik jest naprawdę bardzo fajny i godny polecenia. Niestety jest strasznie drogi jak na moje realia finansowe, ale warto w niego zainwestować chociaż raz. ;) 


Na pewno nie będziecie żałować wyboru. Mam nadzieję inne kremy Sensilis są również takie wspaniałe jak ten.  Po prostu magiczny krem.


Dziękuję Sensilis za nagrodę i możliwość przetestowania kremiku, także za docenienie mojej pracy konkursowej, bo każde wyróżnienie jest dla mnie bardzo cenne. :) 


Oczywiście nie omieszkam umieścić krótkiej informacji o samej marce, którą znalazłam na facebooku:

"Za Sensilis stoi prestiżowe laboratorium, które łączy w sobie naukę, piękno i trendy, z korzyścią dla Twojej skóry.Laboratoria Dermofarm, z siedzibą w Barcelonie, dokonują przełomowych odkryć w świecie dermo-kosmetyków od ponad 30 lat, odkrywając i wprowadzając na rynek innowacyjne produkty, które wyznaczają nowe sposoby rozumienia kosmetyków.Ekskluzywna marka Sensilis to także profesjonalne produkty przeznaczone do makijażu. W naszej ofercie znajdziesz między innymi podkłady, korektory, pudry, róże i cienie do powiek."
Wg informacji marka powstała w 1972 roku, czyli są w wieku mojej mamy (taka ciekawostka) . ;)
Jeszcze raz zapraszam Was na fp Sensilis.:) 








POLECAM. 





A Wy miałyście do czynienia z produktami tej marki? Pochwalcie się, chętnie poznam i Wasze opinie. :)

Pozdrawiam,
Janettt 

P.S. Jeżeli ktoś chce podziwiać moją twórczość fotograficzną zapraszam na mojego "floga" (fotoblog inaczej mówiąc) i na stronkę poświęconą fotografii na facebooku Janettt Photography - co prawda, mało się ostatnio udzielam, ale na flogu znajdziecie ponad 300 zdjęć wykonanych przeze mnie. :) Oczywiście jestem amatorem, więc nie patrzcie na mnie w kategorii profesjonalista. ;)

*Źródło: oficjalna strona Sensilis

wtorek, 21 lutego 2017

Zmiany...

Hej!

Nie wiem czy ktoś się stęsknił za moimi wpisami, ale wracam. A co tam. Wystarczy ciszy.
Właśnie znów jadę do rodziców  (zdążyłam wrócić po prawie 4 miesiącach za pracą i znów muszę wybyć w celach zdrowotnych tym razem, na szczęście tylko na tydzień. Dużo się u mnie zmieniło. Kolejne choróbsko, nieporozumienia z tatą i siostrą. Długo by gadać. W każdym razie jak tu zrobię badania pod Warszawą to wracam i kolejne wizyty u lekarzy. To dość poważne, kolejna konsultacja może wykaże coś co powie co zrobić. Z tarczycą czy torbielą było o tyle łatwiej, że można było to wyciąć w cholerę, niestety kręgosłupa mi nie usuną, a szkoda. Najlepiej byłoby jeszcze gdyby szybko odrósł. ;)
Po dzisiejszym USG "tarczycy" (w sumie miejsca po niej), postaram się napisać dla Was wpis o kremiku, który wywołał u mnie mieszane uczucia, ale jestem z niego zadowolona. :)
Zatem cierpliwości. Mam nadzieję jeszcze "mnie ktoś czyta". ;)

No i nie będę Was zanudzać wpisami co było w Walentynki, jak je spędziłam i takie tam, uważam, że nie ze wszystkiego muszę się spowiadać. Takie przemyślenia po wielu błędach w moim wykonaniu za pośrednictwem internetu. ;)

W zamian zostawiam Wam do obejrzenia "bobrowe dzieło" - tak w sumie podejrzewam, że to bobry, ewentualnie łoś. Zdjęcie zrobione nad stawem u rodziców. Tak - mamy tam łosie, sarny, dziki, bobry i wiele innych żyjątek - z niektórymi ciężko żyć. ;x
Trzeba się pogodzić z prawami natury.

Pozdrawiam,
Janettt